Miesiąc później
- Ogłaszam was mężem i żoną - powiedziała Wielebna. - Możesz pocałować pannę młodą. - Fergus zbliżył się do Oreni i złączył swoje usta z jej.Wokół padły oklaski. Nie spodziewał się ich, tylko uśmiechnął się do żony i poprowadził ją ku ludziom. Bannowie i arlowie podchodzili do nich, składali gratulacje i prezenty ślubne. Młoda para uprzejmie wszystkim dziękowała, aż podeszła siostra Fergusa.
- Kocham cię, siostrzyczko - powiedział pan młody i mocno ją wyściskał.
- Hej! Nie wygnieć mi sukienki, bo matka mnie zamorduje - ostrzegła go. Ubrana była w fioletowo - złote jedwabie z fantazyjnym wzorem na plecach. Gdy ją wypuścił, udała, że wygładza materiał i rzuciła się na nowożeńców. - Wreszcie, no wreszcie! - rzekła uradowana. Orenia głośno się zaśmiała.
- Spokojnie, rozumiem, że od teraz jesteśmy siostrami? - zapytała słodkim głosem. Madie prychnęła.
- To będzie miła odmiana od tego śmierdziela - odpowiedziała, teatralnie zatykając nos.
- Hej! - zdenerwował się Fergus.
- Nie będę wam zabierać czasu, za mną stoi kolejka ludzi, chcących wam życzyć wszystkiego najlepszego. Ode mnie macie: zdrowia, pomyślości, zdrowych dzieci, wielkiego zamku...
- Madie - przerwał jej brat.
- Co?
- Przestań. - Dziewczyna się zachichotała. Nie dała im w tej chwili żadnego prezentu, zrobiła to wcześniej, ofiarowała czas. Uściskała ich jeszcze raz i odeszła.
Gdy Madie złożyła bratu życzenia, zrozumiała, że będzie musiała uporać się ze szlachtą, chcącą złączyś swój ród z Couslandami. Teraz się zacznie, pomyślała Madie.
- Można prosić? - wykrztusił ktoś za nią. Dziewczyna westchnęła i się obróciła. Zobaczyła chłopaka, wyższego o niecałą głowę, na oko w jej wieku, może rok starszy.Miał rude, kręcone włosy i duży nos. Był dość drobny i szczupły - rodzina najwyraźniej wolała widzieć go na dworze niż w walce. Nie wydał jej się nikim ważnym, więc gdyby odmówiła, nie powinno mieć to konsekwencji.
- A jeżeli nie można? - zapytała retorycznie. Chłopak zaśmiał się nerwowo.
- Widzisz, moja pani... Nasze matki prosiły, bym dotrzymał ci towarzystwa, zatem jeżeli mi odmówisz, to oboje będziemy mieć problem - wziął głęboki wdech. - Błagam, jeden taniec, żeby nas zobaczyły, a potem dam ci spokój - mówiąc to, patrząc na nią oczami zbitego psa.
- Jeden taniec? - kiwnął głową. - No dobrze. - Młody lord podał jej ramię i wprowadził na parkiet. - Dobra, jeżeli matka mnie zapyta, że niby nie wie, z kim spędzałam wieczór, to wypadałoby wiedzieć jak ci na imię.
- Dairren - przedstawił się, prowadząc ją w tańcu. - Twoje imię znam, moja pani...
- Madie - przerwała. - Po prostu Madie. Ciągle słyszę "moja pani". Wolę słyszeć własne imię. - Dairren się uśmiechnął.
- Madie - powtórzył. - Słyszałem, że całkiem dobrze walczysz... - i w ten sposób jeden taniec przerodził się w kilka. A gdy muzyka przestawała grać, kontynuowali rozmowę gdzieś indziej.
- Nie wierzę, że nie umiesz strzelać z łuku! - rzekł zdziwiony Dairren.
- A ty niby umiesz, chudzielcu? - odpowiedziała, łapiąc go za biceps i krzywiąc się z dezaprobatą. Chłopak lekko się zaczerwienił.
- Nie rozumiesz, strzelec musi mieć dobre oko. Naciągnąć cięciwę jest łatwo, ale wycelować - to już inna bajka. Powinnaś się nauczyć.
- U nas nie ma dobrych łuczników - westchnęła.
- Może ja cię nauczę? - Madie się zainteresowała. - Znaczy nie dziś. Ale następnym razem, może. Widzisz, nasze matki to bliskie przyjaciółki, więc ona często tu przyjeżdza. Też bym mógł. Jeżeli byś chciała, oczywiście - mówił nieco speszony. Madie łobuzersko się uśmiechnęła i zbliżyła do chłopaka. Ich twarze byly centymetry od siebie.
- Przemyślę to - szepnęła. Ich usta zaczęły się do siebie zbliżać.
- Madie! - przerwał im cudzy krzyk. Natychmiast się od siebie odsunęli. - Madie... - okazało się, że to był człowiek, którego kompletnie się nie spodziewała.
- Co ty tu robisz, Gilmore? - zapytała nieco przerażona. Cholera, pomyślała, widział to. - Mówiłeś, że nie dasz rady przyjechać...
- Mówiłem, że prawdopodobnie nie dam rady przyjechać, ale mi się udało - skierował wzrok na Dairrena, który stał z boku, nie wiedząc co ze sobą zrobić. - Przynajmniej się nie nudziłaś - rzekł z zawiścią.
- Nie powinieneś się dziwić, skoro cały czas cię nie ma - odpowiedziała, patrząc mu głęboko w oczy. Gilmore wtedy zrozumiał jak się czuła: odrzucona, niechciana, nieważna. Tak jak on się czuł w tej chwili. Spuścił głowę.
- Ja... Przepraszam... - zaczął cicho. - Przepraszam... Kocham cię, nie chciałem, żebyś cierpiała. - Dopiero po chwili dotarło do niego, co powiedział. Dziewczyna miała szeroko otwarte oczy.
- Wybaczcie, to rzeczy, które są waszą prywatną sprawą. Nie powinienem ich słuchać - odezwał się wreszcie Dairren. - Dziękuję za mile spędzony wieczór - zwrócił się do Couslandówny. - Moja pani - i odszedł. Madeline dalej stała skonsternowana, a rycerz, nie wiedząc co zrobić, złapał jej rękę i zaprowadził dziewczynę na parkiet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz