wtorek, 29 września 2015

Bohaterka Fereldenu rozdział 5

Rok później
Madie nie mogła uwierzyć w to co w tajemnicy oznajmił jej brat. Orenia, która siedziała obok siedziała obok niego, nieco zatrwożona, ale dziwnie promienna. Fergus mocno ściskał dłoń ukochanej, czekając na reakcję siostry.
 - Mój pobożny brat cię... Jak to możliwe, że jesteś w ciąży?! - zwróciła się zdenerwowana w stronę Antivianki. Wstała i przeszła się parę razy po pokoju brata, po czym zaśmiała się szyderczo. - Rodzice was zabiją.
 - Wiemy. - odpowiedział jej Cousland, miał skwaszoną minę. - Musisz nam pomóc. - poprosił, łapiąc ją za dłoń. Leżący obok pies warknął.
 - Davon, spokój. - dziewczyna powiedziała stanowczo do mabari, a ten się uspokoił. - Jak mam wam pomóc?
Orenia wstała.
 - Musisz przekonać swojego ojca, żeby wyprawił ślub w tym samym dniu, kiedy odbywać się będą twoje urodziny. Zyskamy na czasie, nikt się nie dowie, że zaszłam w ciążę przed ślubem. - Madie nie wyglądała na przekonaną. - Proszę, to najkorzystniejsza opcja. Każdy tydzień zwłoki jest coraz bardziej problematyczny. I widoczny. Błagam, Madeline, to... - Fergus uciszył narzeczoną, po czym zwrócił się do siostry.
 - Twoje urodziny, to doskonała okazja, aby rodzice znaleźli ci partnera na caaałe życie. Będziesz w centrum uwagi, będziesz najważniejsza i wszyscy skupią się na tobie. - zrobił pauzę. - A jeżeli to będzie również dzień naszego ślubu, ty zejdziesz na drugi plan i matka da ci spokój na jakiś czas.
 - A skąd wiesz, może chcę się już ustatkować? - kłamała, widać to było w jej oczach, poza tym Fergus wiedział coś, co Madie trzymała w sekrecie.
 - Gilmore. - oczy dziewczyny zrobiły się duże. Pamiętała, jak raz starszy brat złapał ich w zbrojowni, ale miała nadzieję, że zapomniał. - Matka byłaby niepocieszona, gdyby...
 - Zamknij się już! - warknęła. - Dobra, porozmawiam z ojcem. - para odetchnęła z ulgą. - Robię to tylko z miłości do ciebie, bracie. - rzekła słodkim głosikiem, po czym wstała z fotela, skinęła psu, aby za nią podążał i wyszła.

Madie miała nadzieję, że szczęście jej dopisze i znajdzie ojca w jego gabinecie. Davon wesoło maszerował obok niej. Strażnicy wokół uprzejmie ją witali. Po drodzę do pokoju Bryce'a Couslanda była sala treningowa, z której słychać było walkę i krzyk oficera Darina. Dziewczyna szeroko się uśmiechnęła. Wrócił! Parę lat temu przeniesiono go do stolicy, Madeline nie wiedziała dlaczego, ale tęskniła za swoim nauczycielem. Jak dotąd ćwiczyła z innymi strażnikami pod okiem różnych ludzi lub sam na sam z Gilmore'em. To nie było to samo co z Darinem. Kazała psu zaczekać na nią przed salą, po czym bez wachania do niej weszła.
Oficer Darin patrzył z dezaprobatą na okładających się żołdaków, co jakiś czas mówiąc im co mają robić.
 - Witamy na starych śmieciach, oficerze Darinie! - powiedziała wyprostowana Couslandka. Mężczyzna spojrzał na nią i się szeroko uśmiechnął. - Kopę lat.
 - No no, ale żeś wyrosła. Ostarni raz widziałem cię jak brałem do Denerim tego dzieciaka. Nie tego rudego, tego...
 - Jacoba. - dokończyła.
 - Właśnie! Jacob. Biedaka zabili w jakimś zaułku na targu. - dziewczyna się wzdrygnęła. - Ale co ja ci będę opowiadał. Pięknie wyglądasz, niedługo za mąż, czy może przyciśniesz brata z zostaniem ojcem, a potem zajmiesz jego miejsce w armii? - zaśmiał się. Ona również na myśl o całej tej ironi.
 - Prędzej do niego dołączę, bo nie wygląda na kogoś, któ porzuci wojaczkę dla rodziny. - Darin westchnął.
 - Taa, Fergus... Widziałem go dziś, ładna ta jego narzeczona, ale Antivanka? Kiedy pierwszy raz o tym usłyszałem, myślałem, że to żart, a tu proszę, już ślub planują. Orientujesz się kiedy?
 - Miesiąc lub coś koło tego. - odrzekła, po czym młody, pobity strażnik padł im pod nogi. Oficer nie był zadowolony.
 - Co wy robicie?! Głupcy! Jak będziecie się znęcać nad dzieciakami, to strażnikami będziecie jako starcy! Ich trzeba uczyć, a nie sprawiać, by chcieli dezerterować! - beształ. - Wybacz, dziewczyno. Wpadnij kiedy indziej, sprawdzę czy nie próżnowałaś podczas mojej nieobecności. Madeline się uśmiechnęła.
 - Bywaj. - rzekła i opuściła salę. Przy drzwiach miał czekać pies, jednak go nie było. O cholera, pomyślała i ruszyła szybko przed siebie. Nikt jeszcze nie krzyczał, że atakuje go bestia, więc była szansa, że nikomu jeszcze nie zaszkodził.
Couslandka zaczeła biec, nawołując imię mabari, ale nigdzie go nie było. Biegłaby dalej, gdyby na kogoś nie wpadła.
 - Witaj, moja pani. - rzekł rudowłosy rycerz. - Czy nigdy nie zastanawiałaś się, dlaczego mabari sieją taki postrach wśród ludu?
 - Widziałeś go?! Oberwę, jeżeli znów coś nabroi. - Gilmore poszedł korytarzem do kuchni, po czym otworzył drewniane drzwi, za którymi dwójka elfów, kuląc się w rogu ściany, odganiała psa kijem od miotły.
 - Davon! - krzyknęła. - Co ty wyrabiasz?! - zwierzę, wciąż wesołe, skoczyło na swoją panią, powaliło ją i zaczęło lizać po twarzy. - Złaź ze mnie, grubasie! - zapchnęła go i mabari posmutniał. - Masz tak więcej nie uciekać! A tym bardziej nie wchodzić do kuchni! - Davon zwiesił łeb w przepraszającym geście, Madeline westchnęła. - Przepraszam, myślałam, że nie ucieknie tym razem. - elfy się uspokoiły, a oni szybko opuścili kuchnię, bojąc się, że stara Niania ich zobaczy.
Dotarli we trójkę do rzadko uczęszczanej części korytarza. Gilmore założył ręcę na piersi i popatrzył karcąco na dziewczynę, która na ten widok zaczęła się rozpaczliwie śmiać.
 - Ale śmieszne, jakby Niania cię złapała, to powiedziałaby twojej matce, a ty byś miała przesrana. - Madie jednak cały czas się śmiała, dłuższą chwile trwało, nim się uspokoiła.
 - Davon, nie rób tego więcej, bo cię wykastruję. - pies zaskomlał, a Couslandka odwróciła się do rycerza. Objeła go za szyję i pocałowała w usta. Gilmore przywarł z nią do ściany, jednak gdy usłyszał warczenie mabari, odsunął się.
 - On mnie chyba nie lubi. - powiedział sucho, mierząc zwierzę wzrokiem. Madie, która cały czas go obejmowała, była rozbawiona sytuacją. - Ale ty masz to gdzieś. Ten pies mógłby mnie zjeść, a ty byś nic nie zrobiła.
 - Może. - rzekła, podchodząc bliżej. - A może bym cię uratowała. - wpiła się w jego usta, a on jedną ręką objął ją w talii, a drugą złapał za pośladek opięty brązowymi spodniami. Mabari nie reagował.
 - Słuchaj, - przerwał po chwili. - znów muszę wyjechać. - dziewczyna od razu go puściła.
 - Jak to znów? - zapytała z wyrzutem. - Niedawno wróciłeś ze Smoczego Szczytu, co teraz?
 - Przepraszam, naprawdę. Wiesz, że to nie ode mnie zależy. - próbował ją przekonać, jednak ona zawołała tylko Davona i poszła. Idiota, zbeształ się w myślach.

Madie dopiero teraz przypomniała sobie, co obiecała zrobić. Porozmawiać z ojcem. Odprowadziła psa do swojego pokoju i kazała mu grzecznie czekać na jej powrót, a sama udała się do jego gabinetu. Teryn Cousland siedział przy swoim biurku, czytając jakiś list. Uśmiechał się, więc prawdopodobnie były to dobre wieści, co oznaczało dobry humor ojca.
 - Witaj, ojcze. - powiedziała sympatycznie.
 - Witaj, dziecinko. - odparł, nie przestając czytać listu.
 - Dobra wiadomość? - zapytała, chcąc aby zwrócił na nią uwagę. Ojciec chyba to zrozumiał, bo odrazu odłożył list i spojrzał na córkę.
 - Naturalnie. Syn arla Howe'a znalazł sobie narzeczoną. Ze ślubem mają jeszcze poczekać, ale mimo wszystko to miła informacja. - Teryn zauważył, że dziewczyny to nie interesuje. - To, dziecinko, powiedz mi. Masz sprawę czy po prostu zatęskniłaś za starym ojcem?
 - Nie takim starym. - rzekła uśmiechnięta.
 - Czyli masz sprawę. - spochmurniał. - O co chodzi?
 - Właśnie a propos ślubu, kiedy urządzimy wesele Fergusa i Oreni? - Bryce zmarszyczył brwi.
 - Wyjaśnij. - Madie wiedziała, że już ją przejrzał, ale dalej siląc się na słodycz, kontynuowała.
 - Widzisz, za miesiąc wypadają moje urodziny, dużo szlachty i rodziny i tak ma przyjechać, więc dlaczego by nie zrobić obu uroczystości jednogo dnia? To ekonomiczne i wygodne. - Bryce pokiwał z dezaprobatą głową.
 - Dlaczego ty to załatwiasz, a nie on? Wiem, że cię poprosił.
 - Bo to moje urodziny i chciał, żebym nie miała pretensji, że zrobił coś nie tak? - ojciec przenikał ją wzrokiem.
 - Orenia jest w ciąży, co? - Madie otworzyła usta ze zdziwienia. Skąd wiedział? - Jeżeli tak, to nie ma innej opcji.
 - Jak się domyśliłeś? Znaczy... - teryn się głośno zaśmiał.
 - To nie było trudne, dziecinko. Zwłaszcza, że twój brat jest równie kiepskim kłamcą, co ty. Naucz się negocjować tak, aby druga strona nie wiedziała dokładnie, co chcesz zrobić, ale się zgodziła.
 - Kiedyś ci dorównam, ojcze. Zobaczysz. -  dodała. - Powiedz Fergusowi, że wiesz? Wtedy ja oberwę od niego. - ojciec spojrzał na nią z politowaniem.
 - No dobra. Teraz idź, przekazać mu wieści. - Madie objęła go w podziękowaniu i poszła poinformować brata zmianach w terminie ślubu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz