Gilmore patrzył na nią, jakby była szalona. Może nie mógł uwierzyć w to, że jest córką teryna, a może był zwykłym idiotą. Nie, pomyślała Madie, nie wygląda na idiotę. Sir Gbur nie wziąłby idioty.
- No jestem. Straszne. Zapewne nie chcesz już ze mną gadać. Pewnie się boisz, że jak mi podpadniesz, to mój ojciec cię zje czy coś - Gilmore dalej stał ogłupiony. - Spokojnie! Jesteś dla niego zbyt kościsty - zażartowała, dla rozładowania atmosfery. Giermek się otrząsnął.
- Nie. Przepraszam. - Był zakłopotany. - Po prostu... No zdziwiło mnie to. Ty, córką arla? Trochę dziwne.
- Bo nie zachowuję się jak dama? - oburzyła się - Znam się na wojaczce tak jak na manierach, czyli dużo lepiej od ciebie! - prychnęła, co rozbawiło chłopaka.
- To rodzaj wyzwania? - spojrzał hardo na Couslandkę - Przyjmuję. - Przez dość długą chwilę patrzyli sobie w oczy, potem Madie odwróciła się i poszła w stronę drzwi na korytarz. Gilmore ruszył za nią. Dziewczynka znała świetnie miejsce do pokazu swoich umiejętności. Takie, w którym nikt by im nie przeszkadzał.
Nie odzywając się do siebie, dotarli do sali treningowej dla żołnierzy. Gwardzista, stojący przy wejściu nie wyglądał na zadowolonego z wizyty dziewczynki i jej towarzysza. Madie to zauważyła.
- Spokojnie, nie zamierzam robić ci problemów, że wpuszczasz nas do sali w czasie przyjęcia. - Gwardzista odetchnął. - Daj nam dwa sztylety do treningu i... - urwała. Spojrzała na Gilmora. - Właściwie, to czym ty walczysz?
- Mieczem i tarczą - rzekł dumnie.
- Jakże nieoryginalnie - skomentowała, co najwyraźniej uraziło chłopaka. - Zatem jeszcze miecz treningowy i tarczę - gwardzista skinął niepewnie głową, po czym zniknął za drzwiami. Chwilę później wrócił z pożądanym ekwipunkiem.
- Ale cicho-sza. Jak kto zapyta, czemu nie ma tego w sali, wszystkiego się wyprę i sama będziesz się tłumaczyć. Moja Pani - dodał.
- W porządku. Spokojnie - zapewniła Madeline. - Oddamy jak skończymy, czyli przed końcem przyjęcia. Do tego czasu nikt się raczej nie przyczepi - gwardzista skinął głową na znak zrozumienia. Dziewczyna wzięła rzeczy i poszła w górę zamku. Tam, za zamkniętymi drzwiami, ukazały się schody.
Dwójka wspięła się po nich na szczyt. Stali na blance. Widok był niezwykły. Zawsze napawał Madie dumą, że urodziła się w Wysokożu, że te ziemie należą do jej rodu. Rzuciła broń do stóp Gilmore'a. Zostawiła sobie sztylety. Chłopak je podniósł, gdy ona zdejmowała buty. Walka w sukience może być problematyczna, pomyślała dziewczynka, jednak szybko odrzuciła tę myśl, bo giermek naprzeciw niej, był gotowy do walki.
- Wiesz, moja Pani, nigdy nie walczyłem z córką arla, który dawał mi dach nad głową. Nie chcę, żeby mnie nie lubił od początku znajomości - zakpił wyzywająco.
- Och, doprawdy, drogi Gimorze, jeżeli myślisz, że ktoś będzie się dziś skarżył arlowi, to ty, że jego jedyna córka tak cię zmiażdżyła - skontrowała. Gilmore uśmiechał się szeroko przez cały czas. Zakręcił mieczem w powietrzu i ustawił się w pozycji "do ataku". Madie, widziąc to, zeszła do parteru, trzymając oba sztylety tak, jak ją od zawsze uczono - delikatnie, acz pewnie. Giermek patrzył nieco zdziwiony na sposób, w jaki trzymała broń. W prawej dłoni, nóż był wycelowany w przeciwnika, tak jak Stwórca przykazał, jednak broń w lewej, była trzymana ostrzem prawie równolegle do przedramienia. Był to rzadko spotykany sposób walki - dlatego był dobry. Mało kto wiedział, jak się przed nim skutecznie bronić. Potrzebny był instynkt. Miała nadzieję, że Gilmore posiada ten instynkt.
Zachęciła go do ataku ruchem głowy.
Młodzieniec ruszył na nią, tarczę miał przed sobą, miecz trzymał wysoko. Pierwszy cios - niecelny. Madie była zwinna i szybko uciekła przed drewnianym ostrzem. Tak jak przed kilkoma kolejnymi ciosami. Gilmora zaczynało to denerwować.
- Co to? Pani Cousland, wielka wojownicza, ciągle ucieka przed przeciwnikiem? Walcz lub wracaj na przyjęcie! - szydził. Dziewczynka, choć nie dawała się sprowokować, kolejny cios zgrabnie odparowała w stronę chłopaka i sama jeden wyprowadziła. Drewniany sztylet jednak zderzył się z tarczą. Gilmore odepchnął ją, po czym znów zaatakował. Tarczę miał z boku. Madie zobaczyła okazję - mało honorową, ale pozwalającą jej pokonać przeciwnika. Młodzieniec spychał ją do defensywy, tak długo, aż przyparł ją do ściany. Wycelował broń w gardło dziewczyny, myśląc, że ją bez problemu pokona. Couslandka zablokowała cios, tuż przed momentem krytycznym. Giermek był jednak silniejszy.
- Chyba cię pokonałem, moja Pani - uśmiechnął się szyderczo. Madie jednak nic sobie z tego nie zrobiła. Patrzyła mu przez chwilę w oczy, po czym zerknęła w dół. Chłopak spojrzał tam, gdzie ona. Przy brzuchu miał drugie ostrze dziewczyny. Gdyby to była prawdzwa walka, jeden ruch wystarczył, by już by nie żył. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Jeden-zero - powiedziała wesoło dziewczynka, po czym napastnik się odsunął. Obróciła sztylety w dłoniach i sama zaatakowała. Cięła szybko i bezlitośnie. Gilmore ledwo nadążał, żeby się obronić, a co dopiero skontrować czy wyprowadzić atak samemu. Proste ataki jednak nie były dostatecznie skuteczne, jak dla dziewczynki. Chciała go powalić, pokazać, że jest lepszą wojowniczką. Cofnęła się, dając Gilmore'owi szansę na atak. Chłopak zamachnął się, chociaż miał przed sobą tarczę, to mała Couslandka widziała inną lukę w jego obronie. Madie gładko skontrowała - jej lewe ostrze przejechało po mieczu napastnika, zrobiła piruet i przyłożyła prawy sztylet do jego karku.
- Dwa-zero - rzekła z triumfem. - Czyżbyś właśnie dostawał łomot od dziewczynki? - Gilmore miał na twarzy brzydki grymas. Nie wyglądał na szczególnie zadowolonego. Dziewczynkę bardzo to bawiło. Była pewna swojej wygranej. Zbyt pewna.
Teraz to się policzymy, rzekł w myślach Gilmore.
Wiedział, jakie błędy robi i wiedział, jak Madeline chce je wykorzystać. Prawda - byłby już dwukrotnie martwy, czuł się jak idiota, zaczynał się męczyć, ale nie mógł się poddać. Musiał jej pokazać, że jest lepszy. Szybko natarł. Prawie nie zdążyła zareagować na tak nagły atak, jednak w porę odskoczyła. To był jej atut - była szybka i zwinna, ale gorzej okazało się z siłą. Giermek był dużo silniejszy, co nie zdziwiłoby nikogo, jednak w walce, trzeba wykorzystywać wszystkie możliwości. Uderzył ją tarczą, tak mocno, że się zachwiała. Przez moment była oszołomiona, co chłopak wykorzystał i przystawił jej miecz do brzucha.
- Dwa-jeden - powiedział i się odsunął. Tym razem Madie zaczęła. Poruszała się nieco szybciej niż wcześniej, jednak ciosy były mniej dokładne, łatwiej było je odbijać. Jeden sparował, tak, że uniósł obie jej dłonie w górę, a swój miecz przystawił do jej gardła.
- Dwa-dwa. - cieszył się. Madeline wyglądała na zdenerwowaną. - Uważaj, złość piękności szkodzi - zakpił.
- Nie prowokuj mnie - ostrzegła go. - Ostatnia walka. Kto wygra, jest lepszym wojownikiem, proste. - Gilmore kiwnął głową. Skup się, pomyślał. Ona może mieć asa w rękawie.
Stali naprzeciw siebie, mieli niewzruszone twarze, nie zdradzali emocji. Patrzyli na siebie, próbując przewidzieć kolejny ruch przeciwnika. Nagle drewniany nóż poleciał w stronę głowy Gilmore'a. Ledwo udało mu się zasłonić tarczą, jednak wtedy na moment stracił Couslandkę z oczu. Opuścił gardę i na oślep zamachnął się mieczem. Dziewczyna zrobiła przewrót, złapała swój sztylet i próbowała zaatakować z flanki. Giermek na szczęście to zauważył i uniknął kończącego ciosu. Próbował ciąć ją w brzuch, jednak zgrabnie odskoczyła. Przez chwilę łapali oddech, potem Madeline szybko zaatakowała. Gilmore sądził, że ten atak będzie wyglądał tak jak poprzedni - szybki i niecelny - ale się myslił. Ostrza wręcz tańczyły w jej dłoniach, spychały go do defensywy. O ironio, żeby dwa nożyki złamały mężczyznę z tarczą i mieczem? Jakimś sposobem, Madie wytrąciła giermkowi miecz kopniakiem. Została mu tylko tarcza. A no co mi teraz tarcza? pomyślał, po czym odrzucił ją. Stał nieuzbrojony, na co Couslandka nie zwracała uwagi. Powoli się do niego zbliżała, sztylety miała gotowe do ataku. Zamachnęła się do ciosu i... Gilmore po prostu złapał ją za nadgarstki.
- Hej! Puszczaj! - warknęła, gdy jeden z noży upadł, a drugi był skierowany w jej gardło.
- Widzisz, moja Pani. Tak to jest, gdy małe dziewczynki próbują walczyć z większy... - urwał, gdy Madeline kopnęła go w krocze. Natychmiast ją puścił i upadł na ziemię. Dziewczynka patrzyła z dezaprobatą na giermka.
- Och przestań! Co my robimy?! Nie tutaj! - cios nie nadszedł, bo Couslandka zaczęła nasłuchiwać.
- Słyszałeś? - zapytała.
- Proszę cię! - ktoś się lubieżnie śmiał.
- Może jacyś szlachcice poszli... No wiesz. - jęknął w końcu, gdy ból stał się "znośny". - Romanse.
- Fergusie! - krzyknęła jakaś kobieta z obcym akcentem. Madeline wyglądała na oburzoną.
- Ten gnojek uwodzi sobie jakąś Antivankę! - warknęła, rzucając na ziemie jedyny sztylet. Przynajmniej zapomniała o walce, pomyślał Gilmore. Powoli wstał, gdy dziewczynka szukała źródła głosów. - Balkon. Łatwo się tam dostać - powiedziała, po czym skoczyła z blanki, miękko lądując na wystającym poniżej z muru daszku. - Idziesz czy zostajesz? - zapytała półgłosem. Giermek również zeskoczył.
- Och Fergusie, nie powinniśmy tak tutaj... - szeptała czarnowłosa Antivanka, jednak Fergus nic sobie nie robił z jej słów. Namiętnie ją całował, sądził, że nikt ich nie widzi, że nikt się nie dowie.
- Czy ja wiem, bracie? Matka od zawsze mówiła, żebyś nie lekceważył słów kobiety - rzekła spokojnie Madeline, stojąc na daszku obok balkonu. Jej brat, jak oparzony, oderwał się od swojej ukochanej. Spojrzał w błękitne oczy siostry, które płonęły gniewem.
- Ehem. Madie. To... To nie jest to co myślisz - próbował się tłumaczyć.
- Bardziej oryginalnie się nie dało - zakpiła młodsza z obecnych kobiet. - Czyli to nie jest twoja zagraniczna kochanka, z którą obściskujesz się na balkonie? - udawała niewzruszoną.
- No dobra, to to co myślisz. Z tym, że między mną, a Orenią jest coś niezwykłego. Kocham ją - wyznał.
- Ha! A ile ją już znasz? Wyznawanie miłości na pierwszym spotkaniu jest trochę przereklamowane, nie sądzisz?
- Rok - powiedział nieśmiało. Madeline otworzyła ze zdziwnienia usta. - Matka nie kazała ci o tym mówić. To miało być planowane małżeństwo. Kto by pomyślał, że naprawdę się w sobie zakochamy - mówiąc to, złapał Orenię za rękę i się do niej uśmiechnął. - Wkrótce nasz ślub.
- A ja kiedy się miałam dowiedzieć? W momencie, gdy zapytam "Czemu znów ubieram sukienkę? Och, to na ślub twojego brata." Dzięki, bracie, doceniam - rzekła i przeskoczyła z daszku na balkon. Spojrzała mu w oczy i weszła do zamku. Fergus najpewniej czuł się jak idiota, jednak szybko otrzeźwiał i zwrócił uwagę na Gilmore'a.
- Ty jesteś tym giermkiem sir Gbura? - to musi być popularne przezwisko, stwierdził Gilmore, ale zachował to dla siebie, kiwnął tylko głową. - Dobrze, a czemu byłeś z nią? - ile ta dziewczyna miała tajemnic? Może dzieliła się z bratem wszystkim, a może go odtrącała. Jednak musiał wybrać jakąś opcję.
- Testowała moje umiejętności szermiercze - Fergus prychnął ze śmiechu.
- Przegrałeś, nie? - giermek czuł się głupio, że brat Madie od razu to sugerował, ale miał rację. Przegrał z trzy lata młodszą dziewczyną. - Zdolna jest, nie przejmuj się. Wybacz jednak, że nie chcę pogawędzić dłużej, ale muszę porozmawiać z moją młodszą siostrą na pewne tematy. Byłbyś tak dobry i odprowadził Orenię na przyjęcie?
- Ale... - Orenia chciała oponować, jednak Fergus gestem zakończył rozmowę i wyszedł. Kiedyś będzie w niego dobry władca, pomyślał Gilmore, jednak i to zachował dla siebie. Przeskoczył na balkon, skłonił się Oreni i odprowadził ją.
Madeline spojrzała w lustro. Sukienka była brudna i w kilku miejscach podarta, włosy miała potargane, makijaż rozmazany, no i gdzieś zgubiła buty. I broń do treningu. Już po niej. Ale nie to ją tak męczyło. Dlaczego Fergus jej nie powiedział? Przecież to jej rodzony brat. Przeszli razem wszystko. Jak on mógł jej to zrobić, zataić, że matka zaaranżowała mu małżeństwo, a on i tak zakochał się w swej przyszłej żonie. Jeszcze jedno nie dawało jej spokoju. Skoro Fergusowi ustalili żonę, to z nią będzie podobnie. Zostanie żoną kogoś wpływowego, a znając jej szczęście, nie będzie to tak, jak między jej bratem i tą całą Orenią.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę- rzekła. Zza drzwi wyłonił się Fergus. Wyglądał jak pies, na którego ktoś nakrzyczał, bo zrobił coś źle.
- Wyglądasz strasznie. Może ci jakoś pomóc? - zaproponował. Madie westchnęła.
- Znajdź jakąś sukienkę i buty, w miarę podobne do tego, co mam. Może matka nie zauważy - starszy brat posłusznie podszedł do szafy i zaczął szukać zestawu, gdy Madeline zaczęła rozczesywać włosy.
- Przeprasza. - zaczął. - Nie powinieniem był tego ukrywać. Jesteś dla mnie ważna, ale trochę się bałem jak zareagujesz. A im bardziej to odkładałem, tym bardziej bałem się twojej reakcji. - mówił szczerze, szczerze żałował. - Kocham cię siostrzyczko, głupio się teraz czuję. - wstał od szafy i podał jej sukienkę, gdy ona przywróciła włosy do akceptowalnego przez społeczeństwo stanu.
- Zrobiło mi się przykro i tyle. Bo od kiedy słuchasz zakazów matki? Ale w porządku. Bardziej mnie martwi, że to aranżowane małżeństwo. Bo ja pewnie też tak będę mie. - Fergus chwilę rozważał te słowa, potem wstał i przyniósł czarne czółenka.
- Wiesz, masz jeszcze dużo czasu, a na dworze jest dużo dobrych ludzi. Jeżeli zakochasz się w jakimś szlachcicu to matka i ojciec spojrzą na to przychylnie, ja zbyt długo zwlekałem, ale ty nie zrobisz tego błędu, przynajmniej mam taką nadzieję. - Madie przetrawiła co powiedział i zrozumiała. Ktoś szlachetnie urodzony, ale to i tak jakiś wybór. Ubrała sukienkę i buty, po czym gotowa, podeszła do drzwi.
- To co? Ty wracasz do swojej ukochanej, a ja idę szukać męża? - powiedziała zadziornie, wtedy jej brat się zaśmiał i udał z nią do sali. Przyjęcie było udane. Negocjacje zakończyły się powodzeniem. A Gilmore bardzo się ucieszył, że rodzeństwo się pogodziło i Madie wróciła. Rozmawiali we dwoje całą noc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz