4 lata później
Oczyszczanie tak poszarpanej rany okazało się dla Fergusa większym wyzwaniem niż myślał. Dłoń siostry była cała poszarpana, z masy drobnych rozcięć płynęła krew, miejscami odchodziły płaty skóry. Dziewczyna syczała z bólu za każdym razem, gdy starszy brat obmywał jeszcze ubłoconą ranę wodą.
- Jesteś ofiarą. - powiedział jej, gdy chciała wyszarpać swoją rękę. Bo była ofiarą. Nigdy, wchodząc na budynek czy drzewo nic sobie nie zrobiła, a dzisiaj? Potknęła się na schodach i upadła w wielką kałużę błota, przy czym próbując zamortyzować upadek, wylądowała na lewej dłoni, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Fergus był przy tym i wiedział równie dobrze jak Madie, że matka bardzo się zdenerwuje, jeżeli się dowie o nieporadności córki. A dowiedziałaby się na pewno, gdyby dziewczyna poszła do medyka z zamku. Więc Fergus postanowił wyświadczyć jej przysługę. Po odpowiednio długiej chwili śmiechu, kiedy ujrzał leżącą w błocie siostrę, udał się z nią po bandaż i wiadro z wodą, żeby jej pomóc.
Madie niespecjalnie przejmowała się raną czy bólem, ale sączącą się krew i rozszarpaną skórę łatwo było zauważyć, a wykrycie było ostatnim, czego młoda Couslandka chciała. Żadko się przejmowała obrażeniami. Parę lat temu nawet nie zauważyła, że złamała piszczel. Po kilku tygodniach, gdy zaczęła mieć problem z chodzeniam, poszła do medyka, a ten stwierdził, że kość się źle zrosła. Pamiętał krzyk siostry, podczas łamania jej na nowo kości. Nieprzyjemne wspomnienie. Teraz nauczyła się zwracać uwagę na to, czy wszystko jest w porządku, a najdrobniejszy uszczerbek analizowała i uczyła się sama coś z nim robić. Gorzej, gdy nie potrafiła. Wtedy już chowała dumę i szukała pomocy. Dziś pewnie dałaby sobie radę sama, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, pomoc Fergusa była znacząca nie dlatego, że jej potrzebowała, tylko chciała spędzić trochę czasu z przygotowującym się do ślubu bratem, którego ostatnio, prawie w ogóle nie widywała.
- Ja jestem ofiarą? Ja? To ty się żenisz, ofiaro. - burknęła niezadowolona. Młody mężczyzna wyjął bandaż i zaczął oplatać nim dłoń siostry. Pokręcił w odpowiedzi głową, wiedząc, o co miała pretensje.
- Przepraszam, że ostatnio się nie widujemy. - Madie na te słowa złagodniała. Jej spojrzenie było bardziej smutne niż chłodne. Nie zdziwił się. Było mu naprawdę przykro, że nie spotyka się z nią tak często, jak w przeszłości.
- Taa... W końcu tak to będzie wyglądać. Ty już się żenisz, a mnie, zaraza, znajdą męża w przeciągu najbliższych lat. - stwierdziła. Pierwszy raz mówiła o zamęściu w tak spokojny sposób, może pogodziła się z tym, że taki już jej los.
- Wiesz... Nie będą cię przyciskać, do... Ja wiem, może jeszcze z sześć-siedem lat. Potem może być problem, ale do tego czasu jest szansa, że faktycznie sobie kogoś znajdziesz. - pocieszał ją. Niestety prawda była taka, że go nie przyciskali tylko dlatego, że poznał Orenię mając siedemnaście lat, czyli prawie tyle, ile Madie w tej chwili. Nie zostało jej wiele czasu.
- Nie znoszę tych szlachciców. "Och, jestem taki cudowny, mam zamki, poddanych i zero charakteru. Podziwiaj mnie.". Błagam. Miałeś szczęście z tą Orenią, chociaż ja za nią nie przepadam. Obstawiam, że jest dobra w łóżku. - Fergus się wzdrygnął. Madeline nigdy nie miała zachamowań względem tego, co mówiła, zwłaszcza do niego, jednak poczuł się speszony.
- Jesteś okropna.
- Dziękuję. - rzekła, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
- Jeżeli nie lubisz szlachciców, możesz pomyśleć o rycerzu. Od biedy mogłabyś za takiego wyjść. - doradził. Fakt, że Madie bardzo podziwiała rycerzy. Jej najlepszy przyjaciel od niedawna nim był. Każdy wydawał jej się kimś wyjątkowym.
- W sumie... - zastanowiła się. Wstała od brata, podziękowała za obandażowanie dłoni oraz za rozmowę, objęła go na odchodne i poszła. Fergus to wiedział - była dziwna. Ale co miał poradzić? Dziś kończyła szesnaście lat, a nastolatki takie były.
- Madeline Cousland! - usłyszała za plecami. Gdy się odwróciła, zobaczyła twarz Gilmore'a. Sir Gilmora. Został pasowany na rycerza całkiem niedawno i od tamtej pory nie mieli okazji do rozmowy. Madie tylko przy tym była, pogratulowała mu i... na tym się skończyło. Ich obowiązki dawały im coraz mniej wolnego czasu. Poza tym nadchodziły szesnaste urodziny młodej Couslandki, a to oznaczało masę przygotowań. Głupich, cholernych przygotowań, gdzie matka ciągle zabraniała jej ćwiczyć walkę mieczem i znów robiła to potajemnie. Już nie była to niewinna zabawa tylko poważna sprawa. Ojca cieszyło, że Madie chce być jak Fergus, jednak matka nie chciała tracić kolejnego dziecka na rzecz wojen. Z jednej strony między Fereldenem i Orlais panował pokój, z drugie, napięcia istniały, co przerażało Eleonorę. Perspektywa wojny cały czas była, więc jeden sygnał oznaczałby odejście Fegusa. Bez potomka. Madeline odgoniła myśli i uśmiechnęła się do przyjaciela.
- Sir Gilmorze, czy to możliwe byś wreszcie znalazł czas dla prostych dziewek? Niesamowite. - zażartowała z niego. Gilmore się zaśmiał, był jedną z niewielu osób, które lubiły jej wredny i sarkastyczny humor.
- Służę twojemu ojcu, pani. Mam bardzo niewiele czasu na kobiety. - rzekł ze śmiertelną powagą, na co Madie nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. Gilmore wydał się być pocieszony jej zachowaniem i wziął ją w ramiona. - Tęskniłem. - powiedział cicho, jednak młoda Couslandka szybko wyplątała się z jego objęć, nieco zdenerwowana.
- Nie tutaj. - szepnęła. Widząc jego niezadowoloną minę, skinęła głową na bibliotekę i tam właśnie ruszyła. Jej przyjaciel, nie zadając pytań, również się tam udał.
W bibliotece rzadko ktokolwiek bywał. Ktokolwiek szkodliwy. Aldus - nauczyciel - jeżeli akurat nie miał lekcji, był zawsze tak zaczytany, że nie zwracał uwagi na to co się dzieje. Prawdopodobnie, gdyby oblężono zamek, on by tego nie zauważył, aż do chwili, gdy go dorwą. Czyli trochę późno. Madie wiedziała, kiedy ma lekcje, a wtedy, właśnie ich nie miał. Cicho otworzyła drzwi do pomieszczenia i niczym cień, przemknęła do najgłębszego kąta biblioteki, gdzie zwykli się spotykać z Gilmore'em. Rycerz dołączył do niej, nieco zagubiony, jak zawsze zresztą, gdy miał świadomość robienia czegoś zakazanego. Jednak czy to było zakazane? Fergus mówił, że mogłaby wyjść za rycerza, ale jednak, gdyby ktoś się o nich dowiedział, mogłoby pojawić się bardzo dużo pytań. Lub matka zaczęłaby naciskać, a tego nie chciała tym bardziej. Poza tym nie to co łączyło ją i Gilmore'a było raczej zabawą niż czymś poważnym. Nigdy nie wiedziała, co myśleć o swoim i jego uczuciu. Wewnętrzną rozterkę przerwał pocałunek rycerza. Najpierw delikatny, nieśmiały, lecz po chwili namiętny i pewny. Nietrudno było zauważyć, że tęsknił. Madie z przyjemnością go odwzajemniła. Nie widzieli się tyle czasu - też tęskniła. Po dłuższej chwili, kiedy odsunął się od jej ust, spojrzał jej głęboko w oczy i westchnął.
- Dwa miesiące. - powiedziała. Dokładnie tyle czasu nie mieli momentu dla siebie, jeżeli się widzieli, to było to zbyt oficjalne. Nie miała mu tego za złe, jednak chwile samotności czasem ją dobijały.
- Przepraszam. - Gilmore czuł się winny. Chciał przy niej być, chciał spędzać z nią czas, a ona chciała spędzać czas z nim. Wróciła niepewność. Czy to zabawa, czy coś poważnego? Madie ujęła jego twarz w dłonie i złożyła na niej pocałunek. Uśmiechała się pokrzepiająco, jakby mówiąc: "Nie ma sprawy". Gilmore głęboko odetchnął. Nie miała pojęcia co powiedzieć, po prostu cieszyła się z jego obecności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz